sobota, 8 czerwca 2013

it's not a dream anymore

Cześć! Tak jak obiecałam piszę post. Przez kilka ostatnich dni praktycznie w ogóle nie miałam dostępu do internetu, a to za sprawą mojego pobytu w Warszawie. Nie chwaliłam się wcześniej, ale na swoje osiemnaste urodziny od chłopaka dostałam bilety na Impact Fest, którego główną gwiazdą było 30 Seconds to Mars. Z biletów bardzo się ucieszyłam, mimo, że nie znam tak wielu ich piosenek, ale i tak bardzo lubię :) Kilka dni po otrzymaniu biletów dowiedziałam się, że na festiwalu pojawi się również Paramore. Wtedy już wiedziałam, że 5 czerwca jest mój. No i przyszedł ten upragniony wtorek, 4 czerwca - z samego rana jechaliśmy już pociągiem na trasie Kraków - Warszawa. Sam koncert był niesamowity! Mimo, że musiałam przebiec 800 metrów do sceny, mimo tej piekielnej temperatury, która panowała pod sceną, mimo zmęczenia i braku powietrza powiedziałam sobie, że dam radę i nie wyjdę póki nie zobaczę Hayley na scenie. Ulubiony zespół, trzeci rząd i wspaniali fani Paramore w okół mnie - czy można marzyć o czymś jeszcze? Chyba nie. Dzięki uprzejmości dwóch dziewczyn podczas trwania koncertu przepuściły mnie na swoje miejsce, wiec byłam już praktycznie pod samymi barierkami. Cały występ pamiętam tylko w częściach. Jak wracaliśmy to nawet nie mogłam doliczyć się wszystkich piosenek ,które zagrali. Barzdo cieszył mnie fakt, że było dużo piosenek ze starych płyt. Na Let the flames begin i Looking up, po prostu popłakałam się ze szczęścia. Jedno z moich marzeń właśnie się spełniło. Hayley pytała nas czy kupiliśmy płytę i jak długo ich słuchamy - ogólnie to nie mówiła zbyt wiele bo nie mieli dużo czasu, ale ważne, że cokolwiek. W efekcie zespół zagrał 15 utworów. Szkoda, że nie wyszli na bis. Ale no nic, po koncercie razem z K. wystaliśmy się z tego szaleńczego tłumu, żeby czegoś się napić. Wielki minus dla organizatora festiwalu, że nie zapewnił nam żadnej wody - a przy barierkach wielu ludzi po prostu mdlało z przemęczenia i temperatury sięgającej zenitu. No nic w każdym bądź razie, po tym jak już załatwiliśmy to co było niezbędne poszliśmy za scenę z myślą, że może jeszcze uda nam się spotkać zespół, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie i wziąć autograf na biletach. Okazało się jednak, ze niestety już ich tam nie było. W efekcie na Marsach już mnie nie było, bo głowa zaczęła mnie niemiłosiernie boleć, ale i tak byłam prze szczęśliwa. Po wszystkim zmęczeni i cali mokrzy od potu poszliśmy o domu. Nie udało nam się zrobić żadnych zdjęć, w sumie to nawet szkoda było wyciągać telefon wiec wrzucam kilka profesjonalnych. :)







6 komentarzy: