poniedziałek, 23 lutego 2015

wyzwanie

     Ostatnio wszystko spadło mi na głowę - studia, sesja, Kielce, a teraz jeszcze sesja poprawkowa. Ciągle gdzieś byłam, coś załatwiałam, bawiłam sie, miło spędzałam czas. Zawsze przez to brakowało mi czasu na przygotowanie wpisu. Pogoda też nie dopisywała przez pewien czas więc o ciekawych zdjęciach w ogóle nie było mowy.

    Przychodzę dzisiaj, żeby opowiedzieć Wam o wyzwaniu jakie podjęłam już jakiś czas temu. Moda na "bycie fit" pojawiła się już dawno temu. Nie, nie powiem, że mnie dopadła bo ani trochę tak nie jest. Od czasów gimnazjum, gdzie byłam zmuszana do codziennego przebiegania dwóch kilometrów, czy robienia brzuszków przez całe 45 minut wychowania fizycznego minęło już ładnych parę lat. W liceum nie miałam możliwości, żeby ćwiczyć na w-fie, a bezsensowne siedzenie i oglądanie jak koleżanki po raz kolejny grają w siatkówkę, czy koszykówkę z myślą, że ja niestety nie mogę tego robić, było po prostu stratą mojego czasu. Dziś zaczął się drugi semestr studiów, a ja wciąż nie chodzę na WF. 3 lata temu, kiedy dostałam pierwsze zwolnienie z w-fu naszą umową był basen jako zastępcza forma aktywności fizycznej. Przez ponad 2 lata nie poszłam ani razu.

    Morał z tego taki, że mimo iż jestem bardzo, bardzo chuda i ważę zaledwie 42 kilogramy to nie mam w ogóle kondycji. Bieg na przystanek (bo kierowcy to nie lubią czekać na spóźnialskich, mimo, że widzą jak biegnę do autobusu - a przynajmniej się staram). Figurę odziedziczyłam po mamie - więc tak jak i u niej zaczął mi się zbierać tłuszczyk w miejscach, w których tego najbardziej nie chcemy.

    Dlatego właśnie postawiłam sobie wyzwanie - Wyzwanie 90 dni na pożegnanie z moim wrogiem, a mowa o moim brzuszku, na którym od ładnych paru lat gromadzą się wszystkie kalorie, wszystkie "syfy", które do tej pory jadłam. Pozbyć się mojej wielkiej oponki. Nie dla mody (bo to przecież teraz takie cool kiedy chodzisz na siłownie i walniesz sobie fotkę, że jeździsz na rowerku, albo biegasz na bieżni). Dla zdrowia - bo niedługo nie będę mogła wyjść na 4 piętro do swojego mieszkania. PO PROSTU DLA SIEBIE. :)

    Ćwiczę już od prawie 3 tygodni i czuję się znacznie lepiej. Jestem szczęśliwsza, bo robię coś dla siebie, a nie dlatego, ze zmusza mnie do tego społeczeństwo. Walczę o siebie. Zmieniłam też swoją dietę. Pamiętacie jak na początku roku pisałam, że jestem szczęśliwa? Teraz jestem milion razy szczęśliwsza (chyba mi się udzieliło to szczęście, po przejrzeniu bloga happyholic :D). Totalna zajawka.

   Będę starała się zamieszczać tutaj postępy mojej walki, ale w głównej mierze dla siebie, żeby samej motywować się do dalszych ćwiczeń. A dla poglądu pokażę Wam jak mój brzuch wyglądał te 18 dni temu, kiedy zrobiłam swój pierwszy "trening" i dziś. :)

    Miejcie dziś wspaniały dzień! :)


1 komentarz:

  1. jak widzę taki wysportowany brzuszek to mi aż żal, bo mój przez następne miesiące ma się tylko powiększać:) życzę udanego tygodnia:)

    OdpowiedzUsuń